Podsumowanie 2007

Przez ostatnie dwa tygodnie z hakiem starałem się przesłuchać te albumy, których nie poznałem tak dobrze jak bym chciał a które wyszły w tym, przepraszam, zeszłym roku. No nie udało się. Nadal pozostało sporo nagrań do przesłuchania, ale nie ma co czekać na święte zbawienie tylko napisać wreszcie to podsumowanie. No to do dzieła!

#1. NEUROSIS – GIVEN TO THE RISING

http://img119.imageshack.us/img119/1392/coveras7.jpg

Nigdy nie byłem ultrasem Nerwozy, choć zawsze ceniłem ich jako pionierów tego gatunku muzyki… No właśnie jakiego? Po ostatnich 2 progresywnych albumach dziadki powracają jednak z niezłym kopem prosto w cohones. O ile na początku ciężko było się do tego nagrania przekonać, tak jakiś czas temu dostałem olśnienia! Wspaniale, zręcznie połączone doświadczenie z ostatnich albumów razem z niesamowitym, mistycznym klimatem budowanym ciężkim rzężeniem gitar. No i track tytułowy… miodzio. Hail the Kings baby.

#2. JESU – CONQUEROR

http://img119.imageshack.us/img119/4657/covermi2.jpgCzęść z was pewnie w tym momencie zaliczyła niezłe zdziwko, ale tak, to nie pomyłka! Prawda, Conqueror nie jest tak ciężki jak s/t, nie ma takiego numeru jak Friends are Evil, ale w zamian za to oferuje nam wspaniałą, melancholijną atmosferę. Nie zgodzę się także z zarzutem jakoby Conqueror był nędznym popem. W tle nadal śmigają potężne riffy gitarowe i to one stanowią o sile zdobywcy. Słuchałem tej płyty prawie przez 2 miesiące, głównie w drodze na słuchawkach i uważam, że nie ma lepszego nagrania do chilloutu, wyciszenia się a zarazem odcięcia się od świata. Każda podróż będzie wyglądała zupełnie inaczej.

#3. TOMAHAWK – ANONYMOUS

http://img223.imageshack.us/img223/8799/coverlg0.jpgW zasadzie sytuacja wygląda w tym przypadku podobnie do Zdobywcy. Świetne, transowe brzmienia stylizowane na rdzenną muzykę indiańską bawiły mnie przez spory kawał czasu i podejrzewam, że gdybym włączył tą płytę w tym momencie, to wyłączyłbym ją dopiero za parę godzin. Trzymam kciuki, aby udało się ruszyć w trasę promującą płytę. Byłaby to jedyna dobra rzecz jaką Patton zrobił od dłuższego czasu.

#4. EINSTÜRZENDE NEUBAUTEN – ALLES WIEDER OFFEN
http://img119.imageshack.us/img119/6702/coverwq8.png
W zasadzie o tej płyty poznałem niemieckich potentatów ‘rdzennego industrialu’. Bo jak inaczej określić muzykę tworzoną na koparkach, wiertarkach, młotach pneumatycznych…? W każdym bądź razie, na tej płycie tych elementów jest niewiele, sporo natomiast jest zagrywek czysto elektronicznych. Sama muzyka nabrała wymiar o wiele bardziej oniryczny, wręcz szamański. Nadal nie rozumiem o czym śpiewa wokalista, ale słysząc jednostajne powtarzania ‘Alles wieder offen wieder offen wieder alles’ odlatuję z krzesła. Ta płyta zrywa kapcie, bez dwóch zdań.

#5. SAUL WILLIAMS – THE INEVITABLE RISE AND LIBERATION OF NIGGYTARDUST!

splash pageJako spory fan Nine Inch Nails po prostu musiałem zobaczyć co tam wykombinował frontman tegoż zespołu razem ze ’sławnym’ poetą i artystą hip-hopowym Saulem Williamsem. No i dostałem niczym z kopa w potylice, bo połączenie żwawej elektroniki, gitar i bębnów nieużytych w procesie tworzenia The Fragile oraz projektu Tapeworm z hip-hopem wypadło G_E_N_I_A_L_N_I_E. Co sam odkryłem dopiero po iluśtam odsłuchaniach. Świetnie budowany klimat, zręczna historia oraz wielka płynność w poruszaniu się po gatunkach gwarantują, że podczas odsłuchu nudy nie będzie. Pod największym wrażeniem jestem właśnie kwestii muzycznej, gdyż przy ‘Year Zero’ Trent raczej nie zaszalał z ‘głębokością’ dźwięków i bez pomocy Vrenny i Clousera myślałem, że możemy się pożegnać z najlepiej produkowanymi płytami w historii… Na szczęście te nagrania pokazują co innego. Muzyka jest energiczna, głęboka jak studnia (hmm czemu w tym momencie przyszło mi na myśl ‘twojego starego’?… hmm..) i ogólnie sporo się w niej dzieje. Świetna rzecz.

#6. ELECTRIC WIZARD – WITCHCULT TODAY

http://img3.nnm.ru/imagez/gallery/a/8/4/5/a/a845a81de66fa22d49c846795f0ef810_full.jpgPoprzednie ich płyty jakoś mi nie podeszły, a ta i owszem! Może to kwestia odejścia od bardzo jednostajnych riffów zlewających się w jeden, pustynny niby-drone znany jeszcze z Sleep? Płyta jest łatwiejsza w odbiorze, bardziej przystępna co sprawia, że słuchało mi się ją z ogromną przyjemnością. Dość powiedzieć, że nigdy nie słuchałem Black Sabbath, ale gdy słysze ‘Witchcult Today’ to aż czuje tamten klimat. Zadanie wykonane panowie?

I to by było na tyle. ‘Co, tylko 6 miejsc?’. Ano, tylko sześć, dalej segregowanie byłoby niezwykle trudne. Rok 2007 nie przyniósł może wielu hiciorów, ale wiele albumów stoi na naprawdę wysokim poziomie i żal którychkolwiek ‘krzywdzić’. Jedno jest pewne, jest o wiele więcej nagrać wartych sprawdzenia – Unsane, QOTSA, High on Fire, debiutancka EPka A Swarm of the Sun, Melt-Banana, Om, Oxbow, Venetian Snares.

Trzymam mocno kciuki za ten nowy, 2008 rok bo zapowiada się naprawdę baaardzo smakowicie. Howgh!

~ przez django w dniu 9 styczeń, 2008.

Napisz odpowiedź